RSS
wtorek, 17 stycznia 2012
R vs M

Wysoki, świetnie zbudowany, dumny Ronaldo i niski, niepozorny, pogodny Messi powinni stworzyć jedną z najbardziej przeciwstawnych par, największych dychotomii we współczesnym sporcie. Pomyślcie o rywalizacji Magica Johnsona z Larry Birdem, tyle że na gruncie piłkarskim.

To dwaj najlepsi futboliści na planecie. Grają w zespołach największych rywali, Realu i Barcelony, które tworzą obecnie najbardziej fascynującą rywalizację klubową na świecie. Co więcej, obaj piłkarze mają przeciwstawne charaktery: Ronaldo to ekstrawagancki modniś uwielbiający blask reflektorów, Messi niepozorny i grzeczny gracz zespołowy, który sprawia wrażenie, jakby żył tylko po to, aby grać.

W normalnej sytuacji dziennikarze pisaliby o współczesnych czasach jak o erze Messiego i Cristiano. Kibice opisywaliby każde wydarzenie piłkarskie przez pryzmat ich rywalizacji. Mówilibyśmy o nich bez końca, traktując jak dwa największe przeciwieństwa w historii futbolu. Pod wieloma względami Messi i Cristiano pasują do takiego wizerunku bardziej niż na przykład Cruyff i Beckenbauer, którzy najlepsze lata gry spędzili w innych krajach, czy Maradona i Pele - oni z kolei nigdy się na boisku nie spotkali.

A jednak takie zestawienie tak naprawdę nie miało jeszcze miejsca. Owszem, Cristiano i Messiego porównujemy bez przerwy. Owszem, przed każdym Klasykiem komentator mówi coś w stylu "Ronaldo będzie bardzo chciał udowodnić dziś Messiemu...", podczas gdy Portugalczyk rozgrzewa się sprawiając wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności Argentyńczyka. Nie ma między nimi pożądanej dychotomicznej rywalizacji, wyglądają raczej jak dwie planety na swych orbitach, które okazjonalnie i przypadkowo znalazły się w polu widzenia . Próby sportretowania ich jako dwóch wielkich rywali opierają się bardziej na nadziejach autora niż faktycznym stanie rzeczy. Gdy Messi mówi "nie rywalizujemy ze sobą, by sprawdzić, kto jest lepszy, a dla naszych zespołów", odnosi się wrażenie, że naprawdę tak uważa.

Czego więc tej rywalizacji brakuje? W klasycznej sportowej dychotomii powinna istnieć pewność, że obaj rywale naprawdę siebie potrzebują, a ich kariery wyglądałyby inaczej, mniej spektakularnie, gdyby nie spotkali się się ze sobą. Nawet kosztem większej liczby zwycięstw. Gdyby Roger Federer nie grał w tenisa, spuścizna Rafy Nadala wyglądałaby zupełnie inaczej. To samo tyczy się historii rywalizacji koszykarzy Russela z Chamberlainem, futbolistów amerykańskich Brady'ego i Manninga, bokserów Muhammada Ali i Joe Fraziera i wielu, wielu innych. 

A jak zmieniłby się dorobek Messiego, gdyby Ronaldo był, na przykład, kelnerem w jednej z lizbońskich restauracji? Jak zmieniłaby się kariera Ronaldo, gdyby Messi nie został piłkarzem? Być może Real nie pobiłby rekordu transferowego sprowadzając Portugalczyka z Manchesteru, skoro potrzebował przeciwwagi dla argentyńskiego gwiazdora. Lecz i bez tego byłby nadal wielką gwiazdą strzelającą multum goli w jednym z najlepszych zespołów świata. Pytanie tylko, w którym?

Bez istnienia Messiego nie zmieniłaby się ani gra Ronaldo, ani jego sposób zachowania. Zmieniłby się natomiast sposób postrzegania Portugalczyka. 

Obecnie jest wyraźnie niedoceniany przez kibiców piłki nożnej. Niby każdy powie, że to wielki piłkarz, ale zaraz, z dziwną przyjemnością, jego wielkość zakwestionuje. Angielscy komentatorzy zastanawiają się, czy naprawdę jest lepszy od Naniego. Kibice kręcą nosem nad wybuchowym stylem jego gry. Fani Realu kwestionują jego obecność w wyjściowej "jedenastce" w każdym kolejnym meczu. Nawet ci doceniający jego klasę, jak na przykład Cruyff, często przyjmują protekcjonalny ton. Holender pisał kilka miesięcy temu: "Te akcje, które on chce rozegrać w dwie, trzy minuty, nie mogą zostać przeprowadzone tak szybko. Ronaldo musi nauczyć się cierpliwości, aby odpowiednio rozdzielać siły przez cały mecz. Ponadto, będąc tak świetnym piłkarzem, nauczy się wybierać najlepszą pozycję na boisku".

Wyobrażacie sobie, aby ktokolwiek pisał tak o Messim? Czy Ronaldo jest tak słaby w wyborze pozycji na boisku, że w ubiegłym sezonie pobił absolutny rekord bramek w lidze hiszpańskiej i strzelił ich o dziewięć więcej od Messiego? Ten chłopak w wieku 26 lat trzy razy wygrał ligę, cztery krajowe puchary i Ligę Mistrzów. Czy to CV zawodnika o opinii z reguły przegranego? O którym mówi się, że nie wykorzystuje w pełni danego talentu?

Dlaczego tak się dzieje? Oczywistą odpowiedź przyniesie porównanie występów obu zawodników i ich drużyn w bezpośrednich pojedynkach. Tu Argentyńczyk i jego Barcelona są zdecydowanie górą. Problem leży jednak głębiej. Kibice piłki nożnej Messiego po prostu kochają. Tu właśnie różnica w posturze i zachowaniu pomiędzy Ronaldo i Messim zaczyna działać na niekorzyść Portugalczyka.

Piłkarzy, może i wszystkich sportowców, można podzielić na dwie kategorie. Wymiernych i niewymiernych. Wymierni piłkarze robią to, czego można się po nich spodziewać. Wyglądają jak atleci i są atletami. Wyglądają na przygotowanych i tak grają. Ronaldo jest takim właśnie piłkarzem, piłkarzem wymiernym, piłkarzem racjonalnym. Zobaczysz go na plaży i pomyślisz, "wow, ten facet wygląda jak profesjonalny zawodnik."

Piłkarze niewymierni, nieracjonalni pojawiają się znikąd. Nie zawsze wyglądają tak, jakby osiągali szczyty w tej dyscyplinie sportu. A jednak, gdy wychodzą na boisko następuje ten magiczny klik i układanka świetnie do siebie pasuje. Największym z niewymiernych piłkarzy był chyba Garrincha, który z postury futbolisty miał niewiele, za to krzywy kręgosłup, lewą nogę o sześć centymetrów krótszą od prawej, a obie wykrzywione w złych kierunkach. 

Takim niewymiernym piłkarzem jest Messi. Czy ma coś wspólnego z prawdziwym atletą? A wypuść go na boisko i zaczyna się magia.

Z jakiegoś powodu najlepsze piłkarskie rywalizacje wszech czasów opierają się na piłkarzu wymiernym i niewymiernym. Pele, klasyczny przedstawiciel tej pierwszej kategorii, zawsze był zestawiany z Garrinchą, przykładowym piłkarzem niewymiernym. A później z Maradoną, niskim, ubitym niczym buldog zawodnikiem. Cruyff był chudą primabaleriną przy dobrze zbudowanym Beckenbauerze. 

Piłkarzy wymiernych podziwiać jest łatwo. Piłkarzy niewymiernych łatwo jest kochać. Jakby potrzebowali nas bardziej, a ich gra nas bardziej przybliżała do cudu. Nie dziwne, że z reguły budują głębsze relacje z kibicami. To Garrincha nosił pseudonim "Radość ludzi", nie Pele. To imieniem Garrinchy nazwana jest szatnia gospodarzy na legendarnym, brazylijskim stadionie Maracana. Szatnia gości nosi imię Pelego. To Pele był pod każdym względem piłkarzem dla futbolu ważniejszym niż Maradona, a jednak u zagorzałych fanów futbolu Argentyńczyk wygrywa prawie zawsze. 

Dlatego Messiego zawsze kochało się bardziej niż Ronaldo. A i to nie wszystko. Piłkarze niewymierni często są również osobowościami ekscentrycznymi, by nie powiedzieć, że trudnymi. Maradona to przecież problemy z nałogiem kokainowym, straszna otyłość i przyjaźń z pewnym komunistycznym dyktatorem. Cruyff był obrazoburczym perfekcjonistą z tendencją do niezrozumiałych zachowań, jak odmowa gry na Mundialu w 1978 roku. Garrincha, nieuleczalny kobieciarz, który zapił się na śmierć w czterdziestym dziewiątym roku życia. A Messi? Spektakularny wyjątek od reguły. Gra od małego dla tego samego klubu, unika pierwszych stron gazet, taki kochany dzieciak z sąsiedztwa. W tej parze to akurat Ronaldo jest tym złym.

Podsumowując, biedny Ronaldo jest po niewłaściwej stronie potężnych sił kultury. Ma rywalizować z piłkarzem magicznym i łatwo dającym się lubić, grającym dla najlepszej i najbardziej uwielbianej obecnie drużyny. Czy taki gość jak Messi może mieć w ogóle jakiegoś rywala i to bez względu na wydarzenia na boisku? 

W ten sam sposób, w jaki Real Madryt został w ostatnich latach przekształcony w negatywny odpowiednik wielkiej Barcelony, Cristiano Ronaldo został wyznaczony na obiekt ogólnej niechęci, którego podstawowe zadanie to bycie gorszym na boisku od Messiego. Podważanie wielkości i talentu Ronaldo stało się, co dziwaczne zresztą, modą i sposobem na pokazanie, że ktoś przeciwstawia się arogancji, grze niepotrzebnie widowiskowej oraz bezdusznemu światu futbolowych najemników za wielkie pieniądze.

I to jest wciskanie kitu w żywe oczy. Wieje hipokryzją, ponieważ Barcelona również zatrudniała i zatrudnia najemników za niemałe pieniądze, to raz. A dwa, ponieważ Cristiano jest fantastycznym facetem i wyjątkowo efektywnym zawodnikiem, którego kibice powinni po prostu podziwiać. Nawet jego wyolbrzymiony wizerunek niegodziwca, swoiste skrzyżowanie Apollo Creeda z Billy Zabką, ma w sobie coś wspaniale wyjątkowego. Oddajmy mu co należne. Wygrał trofeów od groma, pobił niesamowite rekordy i wielokrotnie prowadził Real Madryt w meczach, w których drużynie szło jak po grudzie. Miał rację mówiąc w jednym z wywiadów z ubiegłej wiosny, że bez niego Real byłby ze dwadzieścia punktów za Barceloną. 

Nie, nie jest tak dobry jak Messi. Ale jest bliżej niego niż wielu z nas chciałoby na to pozwolić i czego równie wielu nie chce zauważyć.

01:10, indeed7
Link
czwartek, 29 grudnia 2011
Szansa na wygraną?

W przerwie świąteczno-noworocznej Madryt jest więcej niż zadowolony z pierwszego miejsca w ligowej tabeli i bardzo pewnego awansu do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Cierniem w koronie tkwi jednak kolejna porażka w el Clásico. W końcu to miał być TEN mecz. Mecz, który przeniesie piłkarską stolicę do Madrytu. Mecz, który według wielu trenerów miał należeć do Realu. Mecz, w którym Guardiola miał być ograny, a z nim cała Barcelona. 

Tymczasem wszystko potoczyło się dokładnie odwrotnie do oczekiwań i dokładnie według znanego z wcześniejszych spotkań obu drużyn scenariusza. Guardiola i jego niezwyciężony zespół triumfował po raz kolejny. Znów zdecydowało zagranie taktyczne - przejście na grę trójką obrońców i przesunięcie do pomocy Alvesa - na które Mourinho nie znalazł odpowiedzi. Nie pomógł Ronaldo, a Messi ugruntował pozycję najlepszego piłkarza na świecie. Wraz upływającym czasem Real popadał w coraz większe zmęczenie, coraz trudniej było jego zawodnikom utrzymać się przy piłce, skoro spieszyli się do przodu przy każdej okazji, co często kończyło się utratą futbolówki.

Manita w ubiegłym sezonie nadwyrężyła wizerunek Mourinho. Finał Pucharu Króla sytuację nieco polepszył. Imponująca postawa w dwóch meczach Superpucharu Hiszpanii, zapowiedzi lepszej gry w drugim sezonie pracy i sławna zdolność Portugalczyka do uczenia się na błędach wskazywały drogę w dobrym kierunku. A jednak znów nie udało się pokonać Barcelony. I chociaż Real jest na szczycie tabeli, to najlepszym hiszpańskim klubem nadal pozostaje Barcelona. 

Co więc może zrobić Mourinho?

Zakupić nowych piłkarzy?

W Madrycie grają jedni z najlepszych na świecie i nie ma potrzeby dokoptowania kogoś nowego. Na każdej pozycji jest zawodnik mogący grać w różnych formacjach taktycznych. Kto może pochwalić się lepszym składem? Nowi piłkarze nie sprawią tu cudów.

A może więc grać inną taktyką?

Zazwyczaj Real stosuje ustawienie 4-2-3-1. Taka formacja pozwala Mourinho na atak i pressing na rywalu przez pierwszą część spotkania. W meczu z Barceloną atakująca czwórka Realu nie była jednak wystarczająco efektywna. Po pierwszym uderzeniu Barcelona otrząsnęła się w końcu z szoku i z czasem złapała swój rytm, co dało jej zasłużone zwycięstwo. 

Mourinho zaczął stosować 4-2-3-1 w mediolańskim Interze, gdzie mógł ustawiać drużynę głębiej i czekać na kontrataki. Gdy zaistniała taka potrzeba, potrafił nawet ze swojego jedynego napastnika zrobić bocznego obrońcę. Lecz w Madrycie ta taktyka nie przejdzie. Kibice, prezes i sami zawodnicy chcą cieszyć się z płynniejszej gry ofensywnej, co oznacza, że Mourinho nie może wrócić do modelu mediolańskiego. Ulepszył więc swą formację taktyczną, pozwolił atakować większej liczbie zawodników, zachęcił ich do gry wysokim pressingiem i wysoko ustawioną linią obrony. 

Ta zmiana taktyki czyni cuda przeciwko wszystkim drużynom za wyjątkiem Barcelony. Z dwóch powodów. Po pierwsze w starciu z Katalończykami piłkarze Realu Madryt zbyt rzadko posiadają piłkę. Po drugie, by dopełnić obrazu bezradności, Barcelona również dysponuje jednym z najlepszych pressingów na świecie. Dlatego Real staje się zbyt uzależniony od kontrataków i stosowania pressingu, aby wymusić na rywalu błędy. Ostatnio udało się z Victore Valdésem. Gdy Los Blancos dostaną piłkę, przekazują ją sobie w ataku zbyt pospiesznie, co często kończy się kolejną stratą.

Najrozsądniejszy dla zespołu Mourinho w przypadku starć z Barceloną byłby powrót do formacji 4-3-3. Dałoby to więcej kontroli w środkowej strefie boiska. Mając na ławce piłkarza o nazwisku Nuri Şahin, portugalski trener dysponuje opcją połączenia go z sercem tego zespołu, Xabim Alonso. Oni obaj są znani z umiejętności utrzymania się przy piłce i zagrywania jej w trudny do kontrolowania sposób. Dodajmy do tego Lassa lub Khedirę i otrzymamy silny środek pomocy, zdolny do walki o piłkę i organizowania gry ofensywnej w konsekwentny sposób.

Taka zmiana taktyczna oznacza rezygnację z preferowanego przez Mourinho ustawienia z klasycznym rozgrywającym. Lecz formacja z lekko wysuniętym przed Xabiego Şahinem oraz możliwość z korzystania z Benzemy cofającego się głębiej po piłkę daje nam luksus gry bez konieczności korzystania z typowego playmakera. Dodajmy do tego atakującego ze skrzydeł Ángela Di Maríę i wbiegającego w wolne przestrzenie Ronaldo, przebijającego się w stronę pola karnego rywala, a Real nie będzie miał kłopotów z grą w ofensywie.

Taki pomysł na grę rodzi jedno niewygodne pytanie - co z Özilem i Kaką? Gra którymś z nich na pozycji rozgrywającego w ustawieniu 4-2-3-1 przeciwko Barcelonie nie przynosi pożądanych efektów. Lecz przecież Niemiec lub Brazylijczyk może zagrać na skrzydle w zależności od rozwoju wydarzeń na boisku lub wejść z ławki w celu wykonania założonego zadania taktycznego.

Kolejnym problemem Realu w ostatnim meczu z Barceloną była niemożność utrzymania narzuconego przez siebie tempa gry i pressingu na rywalu. Grać tak przez 90 minut jest praktycznie niemożliwe. Mourinho musi sprawić, aby jego podopieczni byli w stanie naciskać na rywala przez większość meczu, a co więcej, aby robili to z większą dla drużyny korzyścią.

Inny zarzut, jaki możemy postawić Portugalczykowi, to brak ochoty jego zawodników do dłuższego utrzymywania się przy piłce. A przecież Real ma piłkarzy zdolnych do takiej gry, do cierpliwej wymiany piłki podaniami. Tam jest grupa ludzi zdolnych kontrolować w ten sposób mecz, dlaczego więc z tego nie skorzystać? 

I cóż, pomimo wszystkich przygotowań i wielkiego halo ze słynnymi kontratakami Realu, Barcelona ostatni mecz wygrała pewnie dzięki pomysłowej innowacji taktycznej. Nie ma wątpliwości, że następne mecze Realu z Barceloną znów zostaną rozstrzygnięte przez tego typu strategiczne zagrania. Pytanie, kogo taktyka będzie górą.

23:01, indeed7
Link
wtorek, 20 grudnia 2011
Raúl sí?

Jeszcze niedawno wydawało się, że temat ten nie powróci do publicznej debaty już nigdy. A jednak, Hiszpanie znowu stają przed pytaniem: Raúl sí, czy Raúl no?

W sobotnim meczu ligi niemieckiej, w którym Schalke 04 zwyciężyło z Werderem Bremen 5-0, były madridista strzelił hat-tricka. Dzięki temu uplasował się na 6. pozycji listy najlepszych strzelców Bundesligi; Raúl ma na koncie 10 bramek, podczas gdy pierwszy w klasyfikacji Mario Gomez – 16. Po ostatnim spotkaniu przed przerwą zimową, FC Schalke znajduje się na trzeciej pozycji, mając tyle samo punktów co druga w klasyfikacji Borussia Dortmund, i trzy mniej niż lider, Bayern Monachium.

Na chwilę obecną Raúl jest drugim co do skuteczności hiszpańskim zawodnikiem. Poza bramkami zdobytymi w Bundeslidze, ma również na koncie dwa gole strzelone w pucharze kraju, a także jednego w Lidze Europejskiej. Łącznie były madridista strzelił w tym sezonie 13 bramek, przy czym wyprzedza go jedynie napastnik Valencii, Roberto Soldado – 14 goli. Cesc Fábregas i Adrián trafiali do siatki 10 razy, Llorente 8, Negredo 6, a Torres zaledwie 4.

W ankiecie zorganizowanej przez hiszpańską Markę, na dzień dzisiejszy aż 63% głosujących chciałoby, aby były kapitan La Selección powrócił do reprezentacji i zagrał w zbliżającym się coraz większymi krokami Euro. Czy są na to szanse?

Sytuacja, jaka ma obecnie miejsce w reprezentacji Hiszpanii może martwić. W połowie listopada La Roja przegrała na Wembley towarzyskie spotkanie z Anglią, które miało potwierdzić, że zespół trenera del Bosque jest gotowy aby walczyć o trzecie z rzędu trofeum. Nieco ponad miesiąc później, poważnej kontuzji doznał niekwestionowany przez del Bosque David Villa. I nawet jeśli El Guaje powróci do czasu Euro do pełnej sprawności fizycznej, to ze względu na okres czasu, przez jaki wykluczony będzie z gry, istnieją oczywiste podstawy ku obawom, czy trener Hiszpanów wciąż powinien powołać go jako napastnika numer jeden. No i na koniec, jakby tego było mało, Fernando Torres po raz kolejny już obejrzał w zeszły weekend cały mecz Chelsea z ławki rezerwowych.

Debata, czy w związku z obecną sytuacją Raúl powinien ponownie pojawić się na liście zawodników powołanych do występów w barwach narodowych, rozbrzmiała na nowo. Liczby przemawiają na jego korzyść, czy jednak i trener del Bosque – podobnie jak hiszpańscy kibice – wypowie słowa ‘Raúl selección’? O tym przekonamy się najpóźniej w czerwcu.

16:18, indeed7
Link
Hechizado

W języku hiszpańskim jest kilka słów oznaczających przebywanie pod wpływem klątwy, złego uroku. Lubię szczególnie dwa: hechizado i embrujado. Tłumaczą one po części, dlaczego Real Madryt nie potrafi normalnie funkcjonować, gdy przychodzi mu grać z Barceloną. Zaklęci, pełni bojaźni i oszołomieni.

Mourinho powiedział na konferencji prasowej, że Barcelona miała szczęście. To nie wyczerpuje tematu. Rozumiecie jednak, co miał na myśli: że jeżeli potraktujemy mecz jako serię wydarzeń, Real mógł swobodnie wygrać. Niesamowity start - najszybszy gol w historii Klasyków - sam w sobie był dość szczęśliwym wydarzeniem. Mourinho jednak jakoś nie ujął tego szczegółu w swojej teorii. 

Przy 1:0 Barcelona była na fali opadającej, a w powietrzu czuć było nadciągającą zmianę na futbolowym szczycie. Wtedy Cristiano Ronaldo zepsuł sytuację, w której naprawdę powinien zachować się lepiej. Myślę, że mógł nawet odegrać do Di Maríi. I wtedy część z was ogarnęło przeczucie, że goście mogą się obudzić. Po trzydziestu minutach gry Alexis zamienił przeczucie w czyn, mecz odwrócił się o 180 stopni. Ten gol był tak istotny, ponieważ rozbił marzenia Realu i jego kibiców, że wreszcie wszystko układa się po ich myśli. Wspaniała bramka. Gol na 2:1 Xaviego miał już więcej ze szczęściem do czynienia, lecz także był wynikiem dobrej akcji drużynowej. I znów Ronaldo miał świetną okazję, grzech było nie strzelić, lecz zmarnował zabójcze dośrodkowanie Alonso. I już wiadomo było, co stanie się później. Alves, Fàbregas, gol i dobranoc.

Naprawdę nie wiem, gdzie tu występuje czynnik szczęścia, o którym mówił Mourinho. Według mnie największą różnicę pomiędzy obiema drużynami stanowi ich mentalność w kwestii rywalizacji. Barcelona zawsze wierzy w siebie, w możliwość odwrócenia sytuacji i nigdy nie porzuca raz przyjętego stylu. Przyjechać do Madrytu na boisko rywala, który właśnie wygrał piętnaście razy z rzędu i zagrać trzema obrońcami? To mówi wszystko. 

Real Madryt również uwielbia rywalizować i pokazywać wielką ambicję, lecz niestety nie wszyscy członkowie jego składu demonstrują to w tym samym stopniu. Jeżeli chcesz pokonać Barcelonę, musisz zmusić ją do zakwestionowania samej siebie, zmusić do zasiania niewiary w siebie poprzez niesamowicie ambitną, rywalizującą postawę. Jak dotąd udało się to kilku zespołom, zresztą rzadko kiedy porusza się ten wątek w kontekście tej wielkiej barcelońskiej ekipy. A gdy patrzysz na Real Madryt w momencie najważniejszym z możliwych, widzisz, że taki Özil czy Marcelo znikają ze sceny, gdy są najbardziej potrzebni. To wystarczy, żeby przegrać mecz z drużyną, która nie ma żadnych większych słabości.

Druga sprawa to syndrom "tracenia głowy w najważniejszych momentach". Dotyczy szczególnie Pepe, Ramosa i Ronaldo, i to praktycznie w każdym clásico. Oni wszyscy szczerze nienawidzą przegrywać i to się ceni. Zarazem wszyscy boją się przegrać z Barceloną, co sprawia, że grają, jakby ktoś rzucił na nich klątwę i zamienił w pół-piłkarzy. Kibice zgromadzeni na stadionie zaczęli nawet gwizdać na Ronaldo. Grał tak słabo grał, niczym kurczak z obciętą głową, że powinien zostać zmieniony. Lecz Mourinho, pomimo tego całego mocnego wizerunku, woli unikać wzbudzającej takie kontrowersje decyzji. Tym większa szkoda dla Realu.

Ronaldo to fantastyczny zawodnik. Bez niego Real raczej nie byłby liderem ligi przed tym meczem. Dobrze byłoby, aby gwiżdżący na niego o tym pamiętali. Jednak waga meczów Realu z Barceloną przesłania wszystko inne. Spotkania wcześniejsze są niczym sparing przed prawdziwą walką. A gdy zawodzisz podczas prawdziwej walki, dołączasz do grona tych, którym się nie wybacza. Tak to już jest, gdy jesteś na szczycie. Tam nie ma łatwo.

Sposób gry Realu w tym spotkaniu przypominał ten z finału Pucharu Króla. Zespół wysoko ustawiony, atak na każdego piłkarza będącego z piłką przy nodze, zanim jeszcze zdąży pomyśleć, gdzie i jak zagrać. Po odzyskaniu piłki szybka kontra, rozgrywana w tempie mającym na celu wystraszenie obrońców. Przez pierwsze dwadzieścia minut z hakiem to działało, Barcelona traciła sporo z posiadania piłki. Pytanie, kiedy Mourinho nauczy się wreszcie, że przy takim sposobie gry sił starcza na góra pół godziny? 

Ponadto ataki Realu były nieprecyzyjne, pospieszne i fatalnie skoordynowane, a przecież to właśnie rzeczy, które robisz, gdy posiadasz piłkę, determinują wynik twoich poczynań. Di María nigdy nie wiedział, gdzie ma biec, Ronaldo podejmował same błędne decyzje, Özil nie sprawiał wrażenia szczególnie zainteresowanego, jedynie Benzema wydawał się być piłkarzem, będącym w stanie zagrozić rywalom. Można było zauważyć luz u obrońców Barcelony, gdy piłkę przejmował Ronaldo rozpoczynając kolejny bezcelowy galop ku kresom na horyzoncie. A gdy piłkę miał Francuz, Puyol i spółka wyraźnie się spinali.

Co dziwne, Mourinho nie widzi głównej przyczyny porażek swojego zespołu z Barceloną. A jest ona bardzo posta: piłkarze obu drużyn znają się jak łyse konie, aż za dobrze. Dlaczego więc nie wpływa to na zawodników Barcelony, zapytacie. Ponieważ oni prawie zawsze wygrywają i tak to się kręci. To coś podobnego do efektu domina, rosnącego prawdopodobieństwa matematycznego. Im więcej wygrywasz, tym dłużej wygrywał będziesz. A że w te wydarzenia zawsze zaangażowani są ci sami ludzie, to coraz większe psychiczne lęki obciążają przegrywających.

Jedynym sposobem na uniknięcie przeznaczenia jest wprowadzenie do tej gry nowych ludzi. Mniej przestraszonych, mniej opętanych klątwą. Na przykład takiego Kaki. Warto zauważyć o ile lepiej, płynniej wyglądał Real po jego wejściu. Dlaczego? Brazylijczyk nie wystąpił w wielu z przegranych klasyków, przeszłość tak bardzo mu nie ciąży. Piłkarze Barcelony nie byli pewni, co i jak Kaká zagra, momentami odstępowali od niego, a Valdés miał szczęście, że piłka po strzale pomocnika Królewskich nie wpadła do bramki. Dobrze w ostatnim czasie gra Callejón, dlaczego jego nie wrzucić by w wir walki? On nie ma nic z tej psychozy, która opanowała jego kolegów. A może kiedyś Şahin?

Real, a zwłaszcza Xabi Alonso, w ogóle nie miał wsparcia od bocznych obrońców. Przede wszystkim dlatego, że Marcelo był na planecie Zorg, a Coentrão lepiej czuje się po lewej, a nie prawej stronie boiska. W sumie Portugalczyk grał całkiem nieźle, ale najwyraźniej nie miał ochoty na przekraczanie linii środkowej boiska. Ostry kontrast w porównaniu do Alvesa, grającego niczym skrzydłowy, straszącego rywali za każdym razem, gdy znajdował się w sytuacji dobrej do posłania dośrodkowania w pole karne. Dlaczego Real również nie zdecydował się na przejście na grę trzema obrońcami? Na przesunięcie Ramosa na prawą flankę? Na uwolnienie Alonso od obowiązków defensywnych? Nie wiem. Być może Mourinho również jest pełen obaw i owładnięty klątwą.

15:44, indeed7
Link
środa, 14 grudnia 2011
Untitled

chociaż 100 razy usłyszysz Nie

pomyśl ,że jeszcze masz

miliony nieskończonych szans

na to, by ktoś powiedział Tak

na tym polega sukces

w tym co pragniesz osiągnąć

nigdy nie pozwól sobie na to

by poczuć się przegranym...

i jeśli zacznie rodzić się

w tobie zwątpienie

daj sobie czas odpocznij,

a potem ruszaj do walki

o swoje Tak

23:08, indeed7
Link
Niedoceniany

Po słabym występie w El Clásico wielu kwestionuje zdolności Cristiano Ronaldo i pyta czy na pewno jest on wielkim piłkarzem. W ostatnim meczu na Santiago Bernabéu, Barcelona wygrała 3-1, mimo że Karim Benzema, strzelając bramkę na początku spotkania, zapewnił Realowi wymarzony start. Za głównego winowajcę porażki królewskich został uznany Cristiano Ronaldo. Wielu komentatorów twierdzi, że jego występ był egoistyczny, a swoją grą sprawił, że zespół musiał radzić sobie w dziesiątkę. Są to kolejne głosy wśród rosnącej liczby krytycznych uwag, jaką portugalska gwiazda zbiera za niektóre ze swoich występów. Zawsze pojawiają się wśród nich stwierdzenia, że Cristiano gra zbyt samolubnie i zawodzi w ważnych meczach. 

A może problem polega na tym, że Cristiano Ronaldo jest niedoceniany? Ostatecznie, samolubnie czy nie, Ronaldo ma w La Liga trochę lepszy stosunek goli do liczby rozegranych meczów niż Messi, zdobywając 1,13 bramki na mecz przy 1,06 Argentyńczyka. Jak by nie patrzeć - mnóstwo goli i, technicznie, czyni to obecnie Ronaldo najlepszym piłkarzem ligowym na świecie. Nie najgorzej, biorąc pod uwagę, że José Mourinho wystawia Ronaldo na lewym skrzydle, podczas gdy Pep Guardiola umieszcza Messiego na środku trójki atakujących.

Twierdzi się jednak, czasami trafnie, że Ronaldo wykorzystuje szanse stworzone przez Mesuta Özila, Ángela Di Marię itp., a Messi więcej pracuje dla swojej drużyny. Jest to do pewnego stopnia prawdą, biorąc pod uwagę, że Argentyńczyk zanotował jak na razie więcej asyst i kluczowych podań. Ale Ronaldo też nie jest najgorszy - ma ich sześć i asystuje w bardziej efektywny sposób niż Messi. Jego koledzy zdobywają bramkę raz na cztery stworzone przez niego szanse, a po podaniu gwiazdy Barcelony drużyna zdobywa gola raz na pięć wypracowanych sytuacji.

Więc, jako najlepszy strzelec spośród krajowych lig i jeden z najefektywniejszych asystentów w Europie, czy Ronaldo naprawdę jest taki zły? I, niezależnie od statystyk i sporów o wyższości Messiego nad Ronaldo, czy naprawdę nie daje sobie rady w najważniejszych spotkaniach?

Na pewno zagrał poniżej oczekiwań w El Clásico, ale to samo zrobili Özil, Xabi Alonso i Diarra - trzech taktycznie najważniejszych zawodników, których akcje rozpoczynają ataki. Twierdzenie, że Ronaldo nie jest graczem od wielkich meczów, wydaje się trochę naciągane, biorąc pod uwagę, że strzelił zwycięską bramkę w finale Copa del Rey przeciwko Barcelonie, pozbawiając ją tym samym szans na kolejną, potrójną koronę.

W Manchesterze United, podczas finału Ligi Mistrzów przeciwko Chelsea, trafił otwierającego spotkanie gola, a fani uznali go za gracza meczu. W następnym sezonie Ronaldo znów miał wielki wpływ na Manchester United, a drużyna doszła do kolejnego finału Ligi Mistrzów. Strzelił, z ponad 30 metrów, przepiękną bramkę przeciwko FC Porto, a podczas półfinałów, prawie w pojedynkę, zniszczył Arsenal na Emirates Stadium, strzelając dwa gole. To wszystko, jest częścią historii wielkich występów Ronaldo podczas ważnych meczów, która toczy się od 2004 r., kiedy 19-letni chłopak, debiutując w angielskim futbolu, strzelił bramkę i był kluczową postacią w finale FA Cup.

Wyliczanie można kontynuować, wskazując wszystkie te okazje, gdy Ronaldo zagrał dobrze w ważnym meczu. Trzeba też pamiętać o jego pierwszym El Clásico, kiedy, powracając po kontuzji, zagrał inspirujący mecz na Camp Nou. Real przegrał wtedy 1:0 po bramce Zlatana Ibrahimovicia, ale Ronaldo udowodnił, że wart był astronomicznej kwoty, którą na niego wydano, a następnie strzelił w całym sezonie 33 bramki, tworząc doskonały duet z Gonzalo Higuaínem.

Ronaldo nie rozpalił Bernabéu podczas sobotniego spotkania, ale twierdzenie, że zawsze zawodzi w najważniejszych meczach, lub, jak co poniektórzy komentatorzy uznali, nie jest nawet jednym z 10 najlepszych zawodników na świecie, można śmiało uznać za przesadę. Nie oszukujmy się, Cristiano Ronaldo nie jest tak dobry jak Lionel Messi i ma tendencję do słabszych występów przeciwko Barcelonie. Ale nie dajmy sobie też wmówić, że zawodnik, który był najlepszym strzelcem La Liga zeszłego sezonu, z 41 golami w 34 meczach i który całkowicie usprawiedliwił wydane na niego 92 miliony euro, strzelając jak dotąd 107 bramek w 110 spotkaniach, jest graczem przeciętnym. Ronaldo to piekielnie dobry piłkarz. Może nie być Messim, ale na pewno jest najlepszym zawodnikiem obok niego.

 

14:48, indeed7
Link
wtorek, 13 grudnia 2011
Talent to nie wszystko...

Kacper Filipiak, który niedawno swoją grą oczarował świat, może przerwać profesjonalne treningi. Rodzicom 16-letniego snookerzysty kończą się oszczędności. - To kres. Dłużej nie damy rady - powiedziała matka Kacpra Filipiaka "Gazecie Wyborczej".

W lipcu Filipiak był dla Polski niczym Kubica snookera. 15-latek z Warszawy w debiucie w międzynarodowych zawodach zdobył mistrzostwo Europy do lat 21. Dzięki temu trafił jako najmłodszy zawodnik w historii do Main Tour - cyklu turniejów dla najlepszych 100 graczy świata. 

Polaka komplementowały największe sławy snookera, z Ronniem O'Sullivanem, Stephenem Maguire'm i Marco Fu na czele. "Właśnie widziałem go w telewizji. On będzie mistrzem świata. Miejcie go na oku" - pisał o nim na Twitterze O'Sullivan. 

Wkrótce potem Filipiak otrzymał zaproszenie na staż w prestiżowej angielskiej szkole snookera South Academy. Treningi w niej przyczyniły się do systematycznego podnoszenia poziomu sportowego Polaka, jednak ze stażem związane są również duże koszty. Im dłużej 15-latek trenuje w Akademii, tym bardziej rodzice są przekonani, że dłużej już finansować jego sportowego rozwoju nie mogą. 

Rodzina Filipiaków to rodzice i czworo dzieci. Dwie siostry Kacpra studiują, a jedna jest w liceum. Rodzina utrzymuje się wyłącznie z pensji mamy - Elżbiety Filipiak. Tata bowiem towarzyszy synowi w Anglii, a opieka nad młodym snookerzystą i jego karierą nie pozwala mu na podjęcie pracy na Wyspach. Tymczasem roczny koszt finansowania dalszego rozwoju Kacpra to 150-200 tys. zł rocznie. 

- Kacper dostał stypendium, ale tylko częściowe. Po prostu płacimy połowę kwoty za mieszkanie. Wyżywienie w Anglii, dojazdy, wpisowe za dwa-trzy turnieje w miesiącu czy wyjazdy na zawody zagraniczne zależą tylko od nas. Nasze możliwości się wyczerpują - mówi Elżbieta Filipiak. 

Największy problem to brak trenera. Filipiak: - Tego mu najbardziej potrzeba. Szkoleniowca, sparingpartnerów. To kosztuje. Żeby wynająć uznanego trenera, trzeba wydać ok. 100-150 funtów za godzinę pracy. To ponad 500 zł. Polak chciałby trenować tak, jak Brytyjczycy. W tygodniu potrzebowałby dwóch-trzech godzinnych spotkań ze szkoleniowcem. Miesięczny koszt takich treningów to ok. 6 tys. zł. Dla sześcioosobowej rodziny utrzymującej się w dwóch domach - w tym jednym w Anglii - z jednej polskiej pensji to nieosiągalne. Nie potrzeba Kacprowi luksusów. Lata tanimi liniami, a jeśli wyjeżdżają, to szukają z mężem tańszych hoteli - dodaje mama Kacpra. 

Do tej pory tylko stacja Eurosport pomogła Filipiakom zapłacić część wpisowego na kilka turniejów. - Nie jest tak, że nie szukamy. Byłam na rozmowach, pytałam. Wydawało mi się nawet, że może kogoś znajdziemy. Ale nic z tego - mówi pani Filipiak.

Choć chłopak - jako 15-latek - zdobył mistrzostwo Europy do lat 21, nie ma pomocy od Ministerstwa Sportu. - To absurd, ale Kacper jest niepełnoletni, nie dostał więc nawet symbolicznej nagrody za to osiągnięcie. Jesteśmy pozostawieni sami sobie - mówi matka Polaka.

13:38, indeed7
Link
poniedziałek, 14 listopada 2011
Złota Piłka za bycie człowiekiem

Jeśli mielibyśmy przy sobie kapitana reprezentacji Hiszpanii, to nie pozwoliłby nam napisać o sobie za dużo. Nie dlatego, że Iker nie ma pojęcia ile znaczy dla kibiców, nie dlatego, że nie ma pojęcia o ogromnym znaczeniu tego wszystkiego, co osiągnął w swojej karierze, zarówno w Realu Madryt, jak i z Hiszpanią... ale dlatego, że to człowiek o takim wymiarze, że wciąż się wstydzi i rozkleja, kiedy się go chwali i przyznaje mu zasługi. Co więcej, powiedziałby nam, że nie osiągnąłby niczego z tego wszystkiego bez swoich kolegów, co jest z drugiej strony prawdą.

Iker nie czułby się komfortowo z przypominaniem, że w sobotę osiągnął rekord Zubizarrety, nakładając koszulkę reprezentacji 126 razy. Nie będzie też czuł się wygodnie we wtorek, wiedząc - jeśli zagra - że lideruje samodzielnie. Nie czułby się komfortowo także, gdybyśmy przypomnieli, że jego następnym celem jest 150 występów w reprezentacji, które osiągnął Matthäus, rekordzista absolutny. Iker nie czułby się wygodnie również wtedy, gdybyśmy przypomnieli mu, że w czwartek odebrał obok Zubiego, Xaviego i Raúla - którego nieobecność nas zasmuciła - hołd od Federacji Hiszpanii i UEFA za bycie jednym z czterech zawodników, którzy bronili więcej niż 100 razy barw tej reprezentacji.

Prawdą jest, że wielu ze świetnych bramkarzy świata od kilku lat uważa go za najlepszego golkipera wszech czasów. Iker stwierdziłby, że tak nie jest, chociaż FIFA ogłaszała go najlepszym na planecie w latach 2008, 2009 i 2010. Jeśli przypomnimy sobie ile razy jego interwencje pozwalały odwracać mecze czy to Realowi, czy reprezentacji, wygrywać je lub nie przegrywać, przechodzić dalej... to stwierdziłby, że od tego są bramkarze. Jeśli przypomnielibyśmy jak, to już 10 lat, młodziutki bramkarz zadziwił świat w finale Ligi Mistrzów z Leverkusen - dwa lata wcześniej w Paryżu był najmłodszym bramkarzem, który zagrał w finale i go wygrał - Iker powiedziałby "to były czasy", po raz kolejny się rumieniąc.

Po wielu latach w elicie on wciąż podchodzi do każdego sezonu z radością juniora, chcąc zawsze się uczyć. Iker jest bardzo dumny z reprezentowania Hiszpanii, Realu Madryt i swoich kolegów, których będzie bronił do śmierci na i poza boiskiem, chociaż pewnie powtórzyłby przy tym, że to normalne i że wielu z tych kolegów to jego przyjaciele.

Przy tym wyjeździe z reprezentacją lepiej dla niego, żeby nie czytał codziennie gazet. On nie lubi być w centrum zainteresowania. W ten sposób nie mógłby także powiedzieć, że "przesadzamy". Oby wrócił do Hiszpanii z nowym rekordem i zwycięstwem dla Hiszpanii.".

11:34, indeed7
Link
piątek, 11 listopada 2011
Devil

Pomysł wydawał się absurdalny. Ponad 300 koni mocy i napęd na przednie koła? Czy tam w Fordzie postradali zmysły? Tak myślałem do czasu, gdy sprawdziłem, jak to działa

To istna petarda. Nie dość, że najmocniejsza wśród przednionapędowych kompaktów, to na dodatek idealna na ciężkie czasy. Każdy z 305 koni nowego Focusa RS kosztuje poniżej 400 zł.Warte są tej ceny. Wystarczy spojrzeć na napompowane zderzaki, wloty powietrza na masce i gigantyczny spoiler nad tylną szybą, zatopić się w kubełkowym fotelu Recaro, uruchomić silnik i posłuchać gardłowego bulgotu dwóch wydechów. Radio? Po co? Jeśli mocno wciśniesz pedał gazu, zaraz je wyłączysz. Pełnia szczęścia gwarantowana.

To auto zostawia całe to stadko narowistych przednionapędówek daleko w tyle. Pod maską ma sprawdzony w Focusie ST silnik konstrukcji Volvo - przez Forda określany jako Duratec. Mocno jednak odmieniony. Począwszy od komputera przez blok, nowe wałki rozrządu, głowicę cylindrów czy układy do- i wylotowe. Efekt? 305 KM dostępnych od 2300 obr. i 440 Nm. Na wykresie wygląda to przepięknie, a w praktyce? Jeszcze lepiej.

Za każdym razem, gdy wciskam pedał w podłogę, czuję jakbym plecami miał wyrwać oparcie kubełkowego, lecz wygodnego fotela. I to niezależnie czy jadę na dwójce czy trójce, z obciążeniem czy bez. Spory zapas mocy i przede wszystkim momentu sprawia, że nawet czwarty bieg i czterdziestka na liczniku mogą się polubić.

Odłóżmy jednak eksperymenty na bok. Focus stworzony jest przecież do czegoś innego. Najlepiej zmieniać biegi między 3000 a 4000 obrotów. Piorunującemu przyspieszeniu i przepinaniu kolejnych przełożeń towarzyszy wtedy miła dla ucha kanonada z wydechów. I o ile gardłowy bulgot silnika jest w dużej mierze dziełem elektroniki, tak strzały są jak najbardziej rzeczywiste. Zupełnie jak w autach WRC. Ford zresztą nie wstydzi się tych korzeni. Gdyby w ofercie pojawił się zestaw rajdowych naklejek, cywilnego Focusa w zielonych barwach trudno byłoby odróżnić od tego z teamu BP Ford Abu Dhabi.

Przyspieszenie to jedno, a skręcanie? Przy tak dużej mocy i sporym momencie przedni napęd wydaje się niewystarczający. Inżynierowie przyznają, że brali pod uwagę możliwość przenoszenia momentu na wszystkie koła. Powstrzymały ich dodatkowe kilogramy, koszty i techniczne komplikacje związane z przeniesieniem napędu. W efekcie pozostali przy "ośce", którą poddali modyfikacjom. Niby to zwyczajny McPherson a jednak. Kluczowa w Focusie RS jest długość uchwytu łączącego piastę koła z amortyzatorem. Zwiększono ją tak, by pozwala skręconym kołom przylegać do powierzchni drogi pod takim samym kątem, jak przy jeździe na wprost.

Minusem takiego rozwiązania jest dość znaczny promień skrętu. Plusem - wychodząc z łuku można śmiało wcisnąć gaz w podłogę. Auto pojedzie tam, gdzie chce kierowca, a nie na wprost. Aby było jeszcze lepiej dorzucono mechanizm różnicowy o ograniczonym poślizgu firmowany prze Quaife, a całość ochrzczono, jako RevoKnuckle.

Na tym nie koniec. Nowy Focus RS ma o 4 cm szerszy rozstaw kół, wzmocnione półosie napędowe, tylny stabilizator przechyłów, twardsze sportowe sprężyny i amortyzatory. Pod tym względem nie jest jednak tak bezkompromisowy, jak poprzednik. Jadąc poprzednim RS-em co skrzyżowanie zastanawiałem się, czy to auto w ogóle ma amortyzatory. Ten, mimo 19-calowych felg i opon 235/35 jest znacznie bardziej komfortowy, a poniżej 2500 obr./min w zasadzie nie odbiega od spokojniejszego ST. Inna sprawa, że turbina Borg Wagner K16 niewiele ma wtedy roboty. Podobnie jak układ hamulcowy, z tarczami 336 mm z przodu i 300 mm z tyłu.

Fenomen tego auta tkwi w uniwersalności. RS może służyć 7 dni w tygodniu i to przez cały rok. Na dojazdy do pracy, podwiezienie dziecka do szkoły, na weekendowe wycieczki. A przy tym nie wymaga wyrzeczeń. Plomb w zębach nie pozbawi, a i domowego budżetu też nie zrujnuje (9,4 l/100 km). Jeśli zaś ktoś będzie próbować sił spod świateł - droga wolna. W końcu to istny hot-hatch. Z jednym małym mankamentem. Nieco zbyt banalną deską rozdzielczą i regulacją kierownicy w wąskim zakresie. Wystarczy jednak dodać gazu, by o tym zapomnieć. Tylko nie spodziewajcie się wtedy, że komputer wskaże fabryczne zużycie paliwa. Tak dobrze jeszcze nie jest.

 


00:43, indeed7
Link
Mediapunta

Powodem do zajęcia się pozycją mediapunta był występ Davida Silvy w meczu Hiszpania - Szkocja w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy w 2012 roku. Davida Silvy, który tamtego październikowego wieczora w Alicante rozpalił murawę boiska do czerwoności. Wynik 3:1 nie oddaje unicestwienia, jakie gospodarze zgotowali biednym Szkotom, a partidazo Silvy skłoniło mnie do refleksji nad hiszpańskim futbolem i odpowiedzi na pytanie, dlaczego zespół narodowy Hiszpanii wyprzedza pozostałe, choćby reprezentację Anglii, o lata świetlne. Pomimo siły i potęgi Premier League. 

Pamiętam Davida Silvę z występów w drugoligowym Eibar w 2005 roku. Wielu znanych piłkarzy, choćby Xabi Alonso, było tam wypożyczanych za młodu, aby okrzepnąć fizycznie i nauczyć się twardej walki. Taka filozofia Eibar FC, taka karma trafiających tam zawodników.

Był to bodajże mecz przeciwko Elche, a Silva wyglądał tak cherlawo, jakby za chwilę miał na motylu odlecieć w siną dal. Chudziutki, delikatniutki, a i tak wodził rej na boisku. Gdy tylko gracze Elche mu na to pozwolili. I nadal trudno pojąć, jak wiele Silva już osiągnął, i jak daleko zaszedł. Jak świetnie potrafił przystosować się do wysokich wymogów fizycznych angielskiej ligi. Zajęło mu to trochę czasu, ale gdy już nauczył się, jak wykorzystywać specyficzne ograniczenia Premier League, z rywalami bawi się w najlepsze.

David Silva to kolejny zawodnik hiszpański grający na pozycji mediapunta. Tak mówi się o nich w Hiszpanii. A obrodziło nimi w ostatnich latach wyjątkowo bogato. 

Jak ów termin przetłumaczyć? Mediapunta, czyli "wypełniający lukę", "grający za napastnikiem"? Dosłownego tłumaczenia dokonać nie sposób. Fałszywa "9"? Również nie będzie to zgodne z prawdą, ponieważ sugeruje, że mediapunta to przede wszystkim strzelec bramek. A przecież w Hiszpanii mediapunta ma z napastnikiem niewiele wspólnego. Ba, o tej pozycji trzeba by napisać pracę doktorską. I to koniecznie. Być może za jakiś czas ktoś spojrzy wstecz i zda sobie sprawę, że czas obecny to prawdziwy złoty wiek dla mediapunta w Hiszpanii. I taki wysyp talentów nie ma szans powtórzyć się już nigdy.

Są takie pozycje w futbolu, na których gry można młodego adepta nauczyć. Są i takie, do których trzeba się urodzić. Można nauczyć, jak grać na bocznej obronie, na środku defensywy, nawet na pozycji defensywnego pomocnika. Podobno prawdziwym napastnikiem trzeba się urodzić, ale pewne cechy rasowego strzelca można także wyćwiczyć. A mediapunta?

Trzeba mieć umiejętności szczególne, wyjątkowe, by grać jak prawdziwy mediapunta. Widziałem w akcji setki zespołów juniorskich, a piłkarzy dających tam radę góra dwudziestu. Na wszystkich pozostałych pozycjach zawodnicy utalentowani trafiają się częściej, dlatego tak bogate żniwo przedstawicieli mediapunta w Hiszpanii zasługuje na szczególne wyróżnienie. I dlatego właśnie reprezentacja Hiszpanii jest obecnie "nie do ogrania". 

Dlaczego Fàbregas odniósł sukces w Anglii? Ponieważ grał w strefie pomiędzy pomocą a atakiem, w swoistym "kraju niczyim", "pomiędzy liniami", jak mówi się w Hiszpanii. Siał tam spustoszenie przez wiele sezonów, zwłaszcza wtedy, gdy akompaniowali mu tam koledzy z zespołu, jak Nasri i Wilshere. Zdolność Fàbregasa do zmian kierunków poruszania się, do wymian podań krótkich i długich, bez sygnalizacji rywalom swych zamiarów, zbierała srogie żniwo niszcząc defensywę przeciwnika. Proste i prawdziwe. I nie do nauczenia się. A teraz Fàbregas dołączył do zespołu, który ma w składzie dwóch równie świetnych przedstawicieli sztuki mediapunta - Iniestę i Messiego. Tę siejącą destrukcję broń barcelończycy mogą odpalić w każdego, kto ośmieli się im przeciwstawić. 

Mówi się ostatnio, że Barcelona gra teraz systemem 4-6, lub nawet 3-7, w zależności od tego, jak zdefiniujemy pozycję Daniego Alvesa. Bez napastników? Kupuję to. Villa i Pedro grają jak pomocnicy, lecz w strefę napastnika wbiegają pierwsi, przed innymi. Ich płynność ruchu i nieustanna wymiana pozycji wprawia rywali w srogą konfuzję. Czasami aż trzech mediapunta kręci się w hipnotycznym, nieprzewidywalnym tańcu wokół bardziej statycznego Xaviego. Taki sposób gry wprawia przeciwnika w nie lada konfuzję. Przecież on myśli w sposób tradycyjny spodziewając się, że atakujący Barcelony będą poruszać się i grać strefą zgodnie z wymaganiami narzuconymi przez konkretne obszary boiska. 

Dlatego właśnie szkoccy obrońcy wyglądali na kompletnie zagubionych w akcji, gdy w obroty wzięli ich Silva i Santi Cazorla, obaj klasyczni mediapunta. Nie miał kto hiszpańskiej dwójki pilnować, nie miał kto ograniczać w tym "kraju niczyim", między linią pomocy, a linią ataku Hiszpanów. 

Taki właśnie futbol zaczyna dominować w zespole Del Bosque, w związku z czym miejsce w podstawowym składzie traci Fernando Torres. Piłkarz jego pokroju staje się niepotrzebny, ponieważ jest uzależniony od gry bardziej bezpośredniej, od szybkiego podania, gdy piłka mija linie rywala. Torres kwitł w Liverpoolu za czasów współpracy Xabiego Alonso i Stevena Gerrarda. Oni potrafili posłać mu piłkę szybko i dokładnie, w czas i w miejsce. A w Chelsea, która podąża teraz wyraźnie w kierunku hiszpańskim, gdzie zaczyna obowiązywać odpowiednia podbudówka do gry w ataku, gdzie zaczyna rządzić Juan Mata, kolejny przedstawiciel sztuki mediapunta? Tam Torres krwawi usiłując dostosować się do narzucanych warunków.

Hiszpania jest tak bogata w mediapunta, że taki zawodnik, jak Mikel Arteta, nie ma szans na powołanie do reprezentacji. Na Półwyspie Iberyjskim uważany jest za gracza średniej klasy. W Anglii natomiast cieszy się się zdecydowanie większą estymą, ponieważ potrafi grać "pomiędzy liniami". Warto przy okazji zwrócić uwagę, jak szybko Wenger sięgnął po Artetę po stracie Fàbregasa. Wenger - jedyny trener starający się narzucić kulturę mediapunta w wyspiarskim kraju. W końcu na kontynencie zwanym Anglią jedynie Frank Lampard czuje ten blues gry na pozycji mediapunta, z czego płynie zresztą rozdźwięk pomiędzy oceną jego gry w kadrze, a oceną gry Gerrarda. Ten pierwszy opowiada się po stronie cierpliwości, ten drugi stawia na gwałtowność boiskowych poczynań. Ten pierwszy od zawsze zbierał cięgi od angielskich mediów, ten drugi stał się ucieleśnieniem potrzeb angielskiej drużyny. Wielka to szkoda, Frank jest piłkarzem bardziej utalentowanym. Teraz jedynym kandydatem na prawdziwego mediapunta w Anglii jest Wayne Rooney - może kiedyś Wilshere - lecz który menadżer angielskiej kadry spróbuje Rooneya na tej pozycji?

A tymczasem dystans pomiędzy tymi, którzy mają mediapunta i nimi grają, a tymi, którzy biedzą się bez nich, nadal się powiększa. Chciałbyś podbić piłkarski świat? Znajdź sobie kilku mediapunta.

00:33, indeed7
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18